My i Oni - iloraz serca

Projekt “ABC dobroci – kampania społeczna promująca wolontariat na rzecz osób z niepełnosprawnością intelektualną”

W matematyce iloraz to wynik dzielenia jednej wartości przez drugą. Iloraz serca to wynik dzielenia się sobą z tymi, którzy nas potrzebują.

ONI (Osoby z Niepełnosprawnością Intelektualną) wołają o przyjaźń, o dostrzeżenie ich wartości i akceptację. Kiedy usłyszymy to wołanie i na nie odpowiadamy „stając się ich przyjaciółmi i towarzyszami drogi, odkrywamy, że w rzeczywistości potrzebujemy ich nie mniej – a może bardziej – niż oni potrzebują nas. My przywołujemy w nich dorosłego i pomagamy im uzyskać większą niezależność, oni przywołują w nas dziecko i pobudzają nasze przymioty serca.”[1]

Taka jest siła ilorazu serca!

Wystawa „My i Oni: Iloraz serca” jest elementem kampanii społecznej promującej wolontariat młodzieżowy na rzecz osób z niepełnosprawnością intelektualną oraz uwrażliwienie młodych ludzi na obecność i potrzeby osób z niepełnosprawnością intelektualną.

Pojęcie ilorazu serca zostało wymyślone przez publicystę Jana Turnaua, którego córka wyjechała na stałe do Francji, aby zamieszkać i pracować z ludźmi niepełnosprawnymi w jednym z domów L’Arche – organizacji wspierającej dorosłe osoby z niepełnosprawnością intelektualną.  Francuskie słowo L’Arche oznacza Arkę Noego – miejsce, które daje schronienie. Domy L’Arche istnieją w 37 krajach na 6 kontynentach, także w Polsce. Tworzą razem tzw. Międzynarodową Federację Wspólnot L’Arche. Globalną misją Federacji jest ukazywanie wartości każdej osoby bez względu na poziom jej sprawności intelektualnej.  

[1] (cyt.: Jean Vanier (doktor filozofii, pisarz, przywódca z autorytetem moralno-religijnym oraz założyciel dwóch organizacji międzynarodowych o charakterze wspólnotowym L’Arche oraz Wiary i Światła) Hope in Europe: Becoming More Human, w: Faith in Europe? The Cardinal’s Lectures, red. Cormac Murphy-O’Connor)

Żyjemy coraz dłużej, coraz szybciej, coraz więcej mamy, możemy i często bywamy coraz bardziej nieszczęśliwi. Dlaczego? Rozmawiam dziś z Pawłem Parusem — Pełnomocnikiem Marszałka ds. Osób z Niepełnosprawnościami – o tym, czy warto się zatrzymać i zająć się nie tylko sobą, ale zwrócić uwagę na potrzeby innych ludzi i zaangażować się np. w wolontariat.

Karolina Gużda: Panie Pawle czy jako młoda osoba angażował się pan w działania wolontariackie?

Paweł Parus: Byłem wyczynowym sportowcem i mój wolny czas poświęcałem wyłącznie sportowi. Jako młody koszykarz pomagałem regularnie innym sekcjom przy organizacji meczów i wspierałem klub sportowy. Lubiłem na przykład podawać piłkę siatkarzom 1 Ligii Gwardii Wrocław. Było to dla mnie duże wyróżnienie. Czułem się ważny. Formalnie nie nazywałem tego wolontariatem, ale taką społeczną pracą młodego człowieka na rzecz środowiska, które mnie otaczało.

K.G.: Proszę powiedzieć, co młodej osobie może dać zaangażowanie się w działania społeczne dziś powszechnie nazywane wolontariatem? Czy bycie wolontariuszem może się opłacać?

P.P.: Wolontariat daje przede wszystkim spełnienie się. Człowiek nie żyje tylko dla siebie, szkoły czy rodziny. Człowiek żyje także dla innych ważnych potrzeb. To, co dostałem kiedyś od innych, mogę też ofiarować dalej. Według mnie świat powinien być tak skonstruowany. Ci, którzy mają możliwości, powinni pomagać tym, którzy tej pomocy potrzebują. Poza tym podczas wolontariatu można pozyskać różne kontakty np. pomiędzy wolontariuszami, jak i wewnątrz organizacji, w której realizuje się wolontariat. Wolontariat to też relacje pomiędzy samymi wolontariuszami. Niektóre z nich potrafią trwać bardzo długo, przeradzają się w przyjaźnie, czasem nawet związki. Mnie wolontariat daje wielką radość i możliwość oderwania się od spraw takich jak praca. Cieszę się, że po godzinach mogę wspierać inne inicjatywy i się realizować. I wciąż buduję kontakty. Bardzo lubię ludzi, lubię się z nimi spotykać.

K.G.: Jak dolnośląska młodzież może się zaangażować w wolontariat na rzecz osób z niepełnosprawnością?

P.P.: Wychodzimy często z propozycją współpracy dla młodych ludzi poprzez dystrybucję informacji o tym, że dana organizacja potrzebuje wolontariuszy. Nie tak dawno dostałem prośbę o znalezienie wolontariusza do pomocy przy opiece nad osobą z niepełnosprawnością, gdyż jego mama, starsza już osoba, miała duży problem z opieką nad tym człowiekiem. Szukamy dla tej mamy wolontariusza, która wesprze ją w prostych czynnościach jak np. zrobienie zakupów.

K.G.: Gdyby pan miał zachęcić jednym zdaniem młodego człowieka do zaangażowania się w wolontariat, to co by pan mu powiedział?

P.P.: Jednym zdaniem to powiedziałbym, żeby się ogarnął i wyszedł z domu ze świata cyfrowego, żeby zobaczył jak jest w rzeczywistości, jak ten świat wygląda. Wolontariat kojarzy mi się z opuszczeniem cyberprzestrzeni i wejściem w normalność. A w normalności na pewno dostrzeże się wszystkich, których można wesprzeć.

Cyberświat – rzeczywistość wykreowana przez komputery. Internet, media społecznościowe, komputery, smartfony, tablety i inne wynalazki technologii informacyjnej z jednej strony dają nam ogromne możliwości do rozwoju w jednych obszarach, a z drugiej strony stają się zagrożeniem i zamykają nas na rozwój w innych. Dzięki nim możemy szybko połączyć się praktycznie z całym światem, mamy szeroki dostęp do edukacji, ułatwiamy sobie codzienne życie. Z ich powodu potrafimy zatracić poczucie pomiędzy rzeczywistością a cyberfikcją, tracimy ochotę na życie w realu.

O tym, że prawdziwe życie istnieje poza cyberświatem, rozmawiam z Joanną Parus pedagogiem specjalnym i terapeutą integracji sensorycznej.

Karolina Gużda: Pani Joanno od najmłodszych lat zajmuje się pani pomaganiem innym między innymi jako wolontariuszka. Jak to się zaczęło?

Joanna Parus: Tak, jako nastolatka byłam harcerką. Jednym z wymagań zdobycia kolejnego stopnia harcerskiego było odbycie służby w jakimś miejscu. Pochodzę ze Świebodzic i wymyśliłam sobie, że swoją służbę odbędę w tamtejszym Domu Pomocy Społecznej. Mieszkali tam chłopcy z niepełnosprawnością intelektualną. Tam zobaczyłam, że lubię pracować z dziećmi i chcę się tym zajmować. Ciągnie mnie do ludzi słabszych, potrzebujących pomocy, uzależnionych od nas. Chcę dać im trochę radości.

K.G.: Co daje Pani takie pomaganie?

J.P.: Daje mi motor do działania i sprawia, że moje życie nie jest płytkie, ma głębszy sens. Są ludzie, którzy lubią cyfry i siedzenie przy biurku. Ja lubię działać, przebywać z ludźmi, coś załatwiać, organizować. Realizuję się w pomaganiu.

K.G.: Co dzisiaj młodym ludziom może dać wolontariat i pomaganie innym?

J.P.: Może to być odskocznią od technologii, która nas zalewa. Technologia nie jest zła i ułatwia nam życie, ale młodzi ludzie trochę się w niej zatracili i nie widzą człowieka, tylko komputer, konto na FB. Budują bardzo płytkie relacje. Poza tym w cyberświecie wydaje nam się, że ludzie potrzebujący są daleko od nas np. w Afryce. Nie widzimy tragedii, które dzieją się blisko nas. Myślę, że coraz częściej młodym ludziom brakuje empatii, skupienia się na drugim człowieku. Jesteśmy coraz bardziej oderwani od rzeczywistości. Wolontariat kojarzy się głównie z tym, że my pomagamy innym, ale on daje bardzo dużo nam. Uczy nas siły, wytrwałości, kompromisu, także cierpliwości.

K.G.: Do czego przydają się te cechy? Bo patrząc z naszej perspektywy, doskonale rozumiem pani argumenty i uważam, że takie rzeczy przydają się w życiu. Będąc młodym człowiekiem, nie czułabym tego. Po co mi cierpliwość skoro mogę mieć wszystko teraz i już. Nie potrzebuję być empatyczną osobą, z powodzeniem mogę mieć udane życie bez bycia wrażliwą na drugiego człowieka.

J.P.: No tak. Nie da się młodej osoby zmusić do czegokolwiek. Wiele rzeczy trzeba też wynieść z domu. Jeśli rodzice przekazują nam takie wartości, to łatwiej nam jest zaangażować się w wolontariat, pracować z ludźmi. Jeśli ktoś jest uczony egoizmu i tego, że liczy się tylko on, to ciężko będzie go nakłonić do zaangażowania się w wolontariat. Młodych ludzi trudno jest przekonać do pomagania innym, jeśli nie mają potrzeby do rozwijania się w tym. Zaangażowanie się w wolontariat pokazuje prawdziwe życie, wymaga pełnego włączenia się i daje dużo satysfakcji. Kiedy pomożesz komuś wsiąść na wózek, kogoś nakarmić to okazuje się, że jesteś temu komuś potrzebny. Życie nabiera wtedy większego sensu.

ONI – Osoby z niepełnosprawnością intelektualną, czyli takie, które mają obniżone możliwości intelektualne, niski iloraz inteligencji i ograniczone możliwości w przystosowaniu się do życia społecznego. Niepełnosprawność intelektualna to nie choroba, ale trwały stan zmniejszenia możliwości rozwojowych. Czy bycie ONI oznacza brak szans na możliwości nauczenia się czegokolwiek, porozumienia się ze światem i budowania relacji z innymi?

O tym, że z ONI można się dogadać, a nawet zaprzyjaźnić rozmawiam z Sonią Niewolik i jej córką Julką, wolontariuszkami Fundacji L’Arche.

Karolina Gużda: Dziewczyny, jak trafiłyście do L’Arche?

Julka: Ja przyjechałam samochodem. Mama mnie przywiozła.

Sonia Niewolik (mama Julki) śmiech: Ale zanim przyjechałyśmy samochodem, odpowiedziałam na ogłoszenie zamieszczone w kościele. Było to zaproszenie do wzięcia udziału w przedstawieniu „Nietuzinkowo”

K.G.: „Nietuzinkowo” – To ten spektakl mieszkańców wrocławskiej wspólnoty L’Arche z udziałem ONI, który grany był w 2017 roku we Wrocławskiem Teatrze Lalek w ramach festiwalu Kultura bez barier.

S.N.: Tak, premiera była w Teatrze Lalek, a po raz drugi graliśmy go w L’Arche podczas Jubileuszu Wspólnoty. Na początku przychodziłyśmy na próby do spektaklu. Podczas drugiego spotkania Julka zaprzyjaźniła się z Arturem – jednym z mieszkańców wrocławskiego Domu L’Arche. To było niesamowite, bo Artur nie mówi, a oni w kilka minut złapali kontakt i się dogadali.

K.G.: Julka to prawda, że zaprzyjaźniłaś się z Arturem?

J.N.: Tak, Artur leży siedzi na wózku dla niepełnosprawnych i słabo gada.

K.G.: Czy przeszkadza Ci to, że słabo gada?

J.N.: Nie. Ja się dogadałam. Najbardziej lubię się bawić z Arturem. Henio też jest fajny. Przytula mnie, jak tutaj jestem. Z Heniem też się dogaduję, bo jest podobny do mojego dziadka Henryka. Dziadek mówi wyraźnie, a Henio nie. Mnie to nie przeszkadza.

K.G.: Henio to także osoba z niepełnosprawnością intelektualną, mieszkaniec wrocławskiego L’Arche?

S.N.: Tak. Córka też bardzo szybko złapała z nim kontakt, może dlatego, że przypomina jej dziadka. W ogóle Julka mnie zaskakuje w tym, jak potrafi nawiązać kontakt z osobami niepełnosprawnymi. Czasem nawet zawstydza. Nie miałam nigdy wcześniej styczności z takimi osobami i nie miałam też żadnego wyobrażenia o tym, jak budować z nimi relacje. Jak byłyśmy tutaj pierwszy raz, to wydarzyła się taka sytuacja, że jedna z osób z niepełnosprawnością – Alina, potrzebowała chusteczki. Julcia nie znając jeszcze wtedy nikogo, zapytała mnie, czy mam chusteczki higieniczne. Wyciągnęłam paczkę i podałam córce. Julka jedną z ich wytarła usta Alinie, a drugą dała jej do ręki. Poczułam się zawstydzona. Moje wtedy sześcioletnie dziecko zareagowało, tak jak trzeba, a ja nawet nie zauważyłam tej sytuacji. Od tej pory moje spojrzenie na osoby z niepełnosprawnością jest takie, że trzeba być dla tych ludzi, ale należy ich traktować zwyczajnie, tak jak to robi na przykład moja córka.

K.G.: Co dają Wam wizyty w L’Arche?

S.N.: Przychodzimy tu już dwa lata. Córka jest bardziej wrażliwa, otwarta i empatyczna na innych. Zwraca uwagę na osoby niepełnosprawne, nie tylko jak tu przychodzimy, ale też w innych miejscach. Ja z kolei przestałam bać się, że sprawię osobom niepełnosprawnym przykrość, powiem coś nie tak na przykład : -Chodź tutaj – do osoby, która jeździ na wózku. Tutaj się nauczyłam, że niepełnosprawnych trzeba traktować normalnie. Poza tym na nasze wizyty w L’Arche nie patrzymy tak formalnie. Nie nazywamy tego wolontariatem. Odwiedzamy tu przyjaciół. Spotykamy się z ludźmi, których kochamy.

„Kiedy pomagamy innym, pomagamy sobie, ponieważ wszelkie dobro, które dajemy, zatacza koło i wraca do nas” – Flora Edwards. O tym, że pomaganie wraca, rozmawiam z Weroniką Andrzejczak – wolontariuszką Fundacji L’Arche.

Karolina Gużda: Weroniko, jak to się stało, że zostałaś wolontariuszką?

Weronika Andrzejczak: Moje zaangażowanie w wolontariat zaczęło się od moich rodziców, którzy byli i nadal są zaangażowani w tworzenie i działanie Fundacji L’Arche we Wrocławiu. Oni zarazili mnie tą ideą. Pamiętam, że jako mała dziewczynka nie mogłam się doczekać, aż znów pojedziemy do domu L’Arche. Zawsze czekała tam na mnie masa atrakcji, w tym osoby z niepełnosprawnościami, którzy byli dla mnie doskonałymi towarzyszami zabaw. Jako młoda osoba podjęłam decyzję o wyjeździe do L’Arche w Wielkiej Brytanii na wolontariat. Chciałam sama zaangażować się w budowanie takiej wspólnoty, zobaczyć jak wygląda codzienność w innych domach L’Arche. Co ciekawe inni wolontariusze w moim wieku, których spotkałam, mieli dokładnie taką samą historię. Dzięki rodzicom zaangażowali się w wolontariat w L’Arche.

K.G.: Czym zajmowałaś się podczas wolontariatu?

W.A.: Głównie życiem :). Byłam po prostu towarzyszem spokojnej, dobrej codzienności osób z niepełnosprawnością intelektualną. Pomagałam przyrządzać posiłki, chodziłam z mieszkańcami na warsztaty, na spacery, na pielgrzymkę, do sklepu i nad rzekę. Pielęgnowaliśmy razem ogród, dbaliśmy o porządek w domu. Dla mnie to był piękny, spokojny oraz wolny od zmartwień czas.

K.G.: Co dał Ci wolontariat?

W.A.: Dzięki kontaktowi z osobami z niepełnosprawnością doświadczyłam dużego spokoju oraz pewności, że poradzę sobie ze wszystkim. A jeśli sobie nie poradzę, to są obok mnie ludzie, którzy mi pomogą. Choćby uśmiechem. Dzięki wolontariatowi udało mi się uporządkować swoje wnętrze i nadać swojemu życiu nowy kierunek. Poza tym chciałabym mieć takie spojrzenie na świat, jakie mają osoby niepełnosprawne.

K.G.: Co myślałaś o osobach z niepełnosprawnością intelektualną przed wolontariatem w L’Arche?

W.A.: Szczerze mówiąc, nic nie myślałam, bo zawsze byli wokół mnie. Nie traktowałam takich ludzi jakoś inaczej. Zastanawiałam się może czasami, co im chodzi po głowie, o czym myślą. Jednak kiedy zrozumiałam, że to ja za dużo myślę, to doszłam do wniosku, że osoby z niepełnosprawnością intelektualną potrafią być szczęśliwe i umieją cieszyć się swoim życiem.

K.G.: Gdybyś mogła zachęcić swoich kolegów i koleżanki do wolontariatu, co byś im powiedziała? Dlaczego warto być wolontariuszem?

W.A.: Bo warto dawać coś od siebie. Najlepiej wszystko, co mamy, bo to wszystko wróci podwojone. Do mnie powróciło jako pokój w sercu. Zawsze będę to doceniać.

Wolontariatem dla osób z niepełnosprawnością intelektualną zainteresowałam się, gdy miałam czternaście lat. Chciałam wtedy robić coś dobrego. W domu się nie nudziłam. Miałam tam swoje obowiązki, ale chciałam wyjść poza dom, pójść do ludzi i robić coś dla nich. Można pomagać zaradnej koleżance, ale można pomóc komuś, kto sam sobie nie poradzi. Ten rodzaj pomocy jest jeszcze cenniejszy.

O tym, dlaczego warto zostać wolontariuszem osób z niepełnosprawnością intelektualną, rozmawiam z Marzeną Jażdżyk i jej córką Anielą – wolontariuszkami Fundacji L’Arche.

Karolina Gużda: Anielo, masz dziewięć lat. Jak to się stało, że przyszłaś do L’Arche?

Aniela: Mama powiedziała mi, że możemy tu przychodzić i zachęciła mnie do tego pomysłu. Lubimy tu być, bo mamy fajne zajęcia.

K.G.: A czym się tu zajmujecie?

A.: Na warsztatach robimy różne ozdoby. Szykujemy je na kiermasz, a potem sprzedajemy. Byłam na takim kiermaszu. Jak jesteśmy na dworze, to spacerujemy po parku, bawimy się w różne zabawy.

K.G.: Dlaczego warto robić takie rzeczy?

A.: Żeby pomagać osobom niepełnosprawnym.

Marzena (mama Anieli): Z Anielą zaczęłyśmy przychodzić do Fundacji, jak miała 7 lat. To jest ciąg dalszy historii z mojego dzieciństwa. Jako nastolatka przychodziłam z koleżanką na Warsztaty Terapii Zajęciowej, w kościele przy naszej parafii. Pomagałyśmy przy tych warsztatach. Kiedy założyłam swoją rodzinę i pojawiły się dzieci, zdecydowałam, że chcę je uwrażliwić i nauczyć przebywania w otoczeniu osób z niepełnosprawnością. Przypomniałam sobie wtedy o L’Arche. Tak trafiłam do Fundacji. Córkom spodobały się te spotkania i starałyśmy się bywać na nich regularnie raz w tygodniu. Dziewczyny chętnie tu przychodzą.

K.G.: Co dają Wam te spotkania?

M.J.: Dobrze się tutaj czuję. Dla mnie takie działania nadają głębszy sens życiu. Trzeba się angażować i robić coś dobrego dla innych. Moje córki oswajają się z różnymi nietypowymi zachowaniami wynikającymi z niepełnosprawności. Uczą się, że każdy człowiek jest inny i może różnie reagować. Dziewczynki też mają jakieś swoje nastroje i ich wahania. Względem siebie tego nie widzą i oczekują od nas rodziców określonych reakcji. Na tych spotkaniach zostają postawione w roli osoby, która stoi z boku i widzi takie różne humory. Muszą zaakceptować to, że ktoś inny jest zły i nie ma ochoty na robienie czegokolwiek. Takie spotkania uwrażliwiają na drugiego człowieka.

K.G.: Czy warto, aby młodzież angażowała się w wolontariat?

M.J.: Ja zaczęłam jako czternastolatka. Można pomagać zaradnej koleżance, ale można pomóc komuś, kto sam sobie nie poradzi. Ten rodzaj pomocy jest jeszcze cenniejszy. Młodzież jest dzisiaj bardzo różna. Znam młode osoby, które nie wykazują zainteresowania takimi aktywnościami. W L’Arche zobaczyłam, że istnieje młodzież, która angażuje się w wolontariat. Dzisiaj młodzież ma czas na komputer, telefon, ale nie rozmawia ze sobą czy z rodzicami. Za dużo jest też bodźców, które przytłaczają młodych ludzi. W tej kwestii są oni w trudniejszej sytuacji niż my 30 lat temu. Mają więcej opcji możliwości, ale przez tą wielość trudniej jest im wybierać.

K.G.: Co może dać wolontariat młodzieży?

M.J.: Może dać to, co mi dał, czyli pomoc odnaleźć sens życia. Myślę, że dobro zawsze było ważne. Jest w cenie i ma sens. Brak tego sensu powoduje rozdarcie wewnętrzne. Zabawa zaspokaja ten brak tylko na jakiś czas, a potem człowiek i tak doświadcza rozdarcia. Jeśli zaczynasz się zastanawiać na tym, to wiesz, że będziesz potrzebować w życiu głębszego sensu. Będzie potrzebować relacji z innymi. Tego można się nauczyć na wolontariacie.

Wolontariat to dobrowolna, bezpłatna i świadoma praca na rzecz innych osób lub całego społeczeństwa, wykraczająca poza relacje rodzinno-koleżeńsko-przyjacielskie. Wiele szkół widzi w nim szansę na rozwijanie w uczniach kompetencji społecznych, wzrost ich wiedzy dotyczącej świata i ludzi.

O tym, czy wolontariat w szkole ma sens, rozmawiam z Panią Bożeną Drab – nauczycielką i jedną z koordynatorek szkolnego wolontariatu w Szkole Podstawowej nr 15 we Wrocławiu.

Karolina Gużda: Pani Bożeno, od kiedy zajmuję się Pani szkolnym wolontariatem?

Bożena Drab: Od 2008 roku.

K.G.: Jak można zorganizować taki wolontariat w szkole?

B.D.: Od strony formalnej trzeba zapoznać się z ustawą o wolontariacie oraz przepisami oświatowymi. Potem wyłonić opiekuna lub opiekunów szkolnego wolontariatu. Takie osoby powinny być przeszkolone na przykład w centrum wolontariatu. Kolejny krok to zorganizować całą stronę formalną tego działania (regulamin, zgody i porozumienia, zasady wpisu na świadectwo, wpis do statutu i program działania wolontariatu). Dalej badamy możliwości działania i współpracy w środowisku lokalnym. Tutaj warto też dowiedzieć się jakie oczekiwania od wolontariatu ma dyrekcja i uczniowie. Przygotowaną ofertę ogłaszamy uczniom i rodzicom, nawiązujemy współpracę z organizacjami, w których uczniowie będą wolontariuszami. Podpisujemy zgody z uczniami i ich opiekunami. W trakcie trwania wolontariatu opiekunowie szkolnego wolontariatu nadzorują wszystkie działania, wspierają wolontariuszy, szkolą ich lub zapraszają do tego specjalistów.

K.G.: Jaka jest według Pani dzisiaj młodzież? Co ją interesuje, jakie ma potrzeby, z czym się mierzy?

B.D.: Większość młodych ludzi jest taka jak dawniej. Lubi być potrzebna i działać. Jednak wszyscy mają zdecydowanie mniej czasu. Żyją szybciej. Jeśli wolontariat to blisko i dostosowany do ich siatki godzin. Młodzież jest mniej dojrzała i raczej oczekuje zorganizowanej wcześniej oferty dla wolontariusza. Moja młodzież jest też mało mobilna, to raczej dzieci wożone przez rodziców lub chodzące do szkoły na swoim osiedlu.

K.G.: Co według Pani młodemu człowiekowi może dać zaangażowanie się w wolontariat?

B.D.: Wierzę i mówię to też wolontariuszom, że wolontariat poszerza horyzonty. Przyspiesza także dojrzewanie i poszerza świadomość, w tym świadomość ograniczeń. Poza tym rozwija myślenie pro-zawodowe i kształci postawy społeczne, rozwija kompetencje w zakresie komunikacji, organizacji czasu wolnego, współpracy. Wolontariusze nawiązują przyjaźnie.

K.G.: Czy uczniowie w Pani szkole, chętnie garną się do wolontariatu? Jaka jest ich motywacja?

B.D.: W naszej szkole jest około 80 wolontariuszy. To bardzo wysoki wynik jak na udział w zajęciach pozalekcyjnych organizowanych w szkole. Natomiast pierwsza motywacja ucznia to własny interes, czyli wpis na świadectwo. Zdarzają się też wolontariusze, którzy od początku chcą po prostu pomagać. Jest też tak, że wolontariusz po pewnym czasie cieszy się z możliwości pomagania i zmienia swoją motywację.

K.G.: Psycholodzy są zgodni, że pomaganie innym ludziom jest nieodłączną potrzebą każdego człowieka. Ważne jest, aby nie tylko pomagać, ale pomagać mądrze. Na czym według Pani polega mądre pomaganie? I czy takiego pomagania może nauczyć szkolny wolontariat?

B.D.: Mądre pomaganie to pomaganie po rozpoznaniu potrzeb, celowe, bez utwierdzania osoby, której udzielana jest pomoc, w bezradności i postawie niekończącego się brania. Jeśli zadbamy o profesjonalne prowadzenie wolontariatu, które uwzględni szkolenia, to możliwe jest kształtowanie mądrego pomagania wśród wolontariuszy. Szkoliłam kiedyś z nie dawania pieniędzy na ulicy. Innym razem z nieparkowania na miejscach dla niepełnosprawnych. Bez przerwy uczę, dlaczego warto zbierać nakrętki itd.

K.G.: Jak wpływ wywarło udzielanie się w wolontariacie na uczniów w Pani szkole?

B.D.: Mam bardzo subiektywne spostrzeżenia. Moi uczniowie mają ze mną dobry kontakt. Szanują mnie i liczą się z tym, co powiem. Wielu z nich nawet po skończeniu szkoły nadal angażuje się w wolontariat. Dowodem na zmianę w postawie ucznia, który zdecydował się na wolontariat, jest zmiana jego motywacji dotycząca zaangażowania się w takie działania. Od zdobycia wpisu na świadectwo po doświadczenia radości z samego pomagania.

K.G.: A co Pani daje takie zaangażowanie?

B.D.: Lubię działać i być w ciągłym ruchu. Lubię przebywać z ludźmi, poznawać nowe osoby. Czyli wciąż czerpię z tego własne korzyści, ale może przez to, też coś daję innym?

Przed nami kontynuacja rozmowy z Marzeną Jażdżyk, wolontariuszką wrocławskiego oddziału Fundacji L’Arche. O tym, że radości i szczęścia można nauczyć się od osób z niepełnosprawnością intelektualną.

Karolina Gużda.: Czy miałaś jakieś obawy przed kontaktem z osobami niepełnosprawnymi?

Marzena Jażdżyk: Tak, miałam na samym początku. Niepełnosprawności są różne. Przed większością nie czułam jakichś blokad. Natomiast trudne dla mnie były sytuacje, gdy osoba z niepełnosprawnością przekraczała bezpieczną dla mnie granicę bliskości. Niektóre osoby z niepełnosprawnością intelektualną nie mają barier i na przykład zdarzało się, że ktoś mnie dotknął w taki sposób, którego nie lubię. To nie był zły kontakt czy dotyk. W wielu sytuacjach było to nie uświadomione działanie, ale to mnie trochę paraliżowało. Musiałam nauczyć się reagować na takie sytuacje. Po pierwsze nie przejmować się tym. Po drugie nauczyłam się stawiania granic i jasnego określania co lubię, a czego nie.

K.G.: Jak poradziłaś sobie z tymi barierami?

M.J.: Dużą rolę odegrał tu czas. Udało mi się raz, drugi i trzeci postawić granicę i nie przestraszyć się. Kontakt z ONI nie spowodował tego, że uciekłam. Zmierzyłam się z moimi blokadami. Poza tym nie doświadczyłam rzeczy, które by mnie naprawdę mogły zniechęcić do kontaktu z takimi osobami.

K.G.: Jak postrzegasz dziś osoby z niepełnosprawnością intelektualną?

M.J.: Hm, nie wiem, nie myślałam o tym. Wcześniej, gdy byłam młodsza, to odbierałam to wszystko inaczej. Dziś po tych iluś latach doświadczenia w przebywaniu z ONI stwierdzam, że każda osoba jest potrzebna. Osoby z niepełnosprawnością intelektualną są bardzo radosnymi ludźmi. Można się od nich uczyć.

K.G.: Czego ONI mogą nas nauczyć?

M.J.: Doceniania tego, co się ma na co dzień. My pełnosprawni żyjemy z wiecznymi pretensjami. Coś nam się nie uda, doświadczymy jakiegoś niepowodzenia, za mało zarabiamy, pokłócimy się z sąsiadem. Można tu przytoczyć tysiące innych trudności. Te sytuacje urastają do nie wiadomo jak wielkich problemów, a w rzeczywistości nimi nie są. Obserwuję osoby z niepełnosprawnością i widzę, jak one potrafią się cieszyć z drobiazgów. Człowiek się nadyma, nie wiadomo czym. A tu się okazuje, że powinien być szczęśliwą osobą. Kiedy sobie uświadomisz, że masz wszystko: sprawne ręce, nogi, widzisz, słyszysz, chodzisz, to okazuje się, że świat nie stawia Ci żadnych barier. Możesz z wszystkiego korzystać. Dzięki kontaktowi z ONI doceniłam to, co mam. Co do samych osób z niepełnosprawnością intelektualną to nie wiem, czy one zdają sobie sprawę z własnych ograniczeń. Patrząc na te osoby, które poznałam, zobaczyłam w nich szczerą i autentyczną radość. ONI żyją szczęśliwie. To nam się tylko wydaje, że tak nie jest.

O pomaganiu i wolontariacie rozmawiam z Natalią Śmigiel. Natalia ma siedemnaście lat i angażuje się w wolontariat, bo jak mówi: „warto pamiętać o innych, bo może ktoś o nas też będzie pamiętał”.

Karolina Gużda: Natalio, jak to się stało, że zostałaś wolontariuszką?

Natalia Śmigiel: Jako dziecko obserwowałam moich rodziców, którzy poświęcali czas ludziom potrzebującym. Potrzeba pomagania wydawała mi się przez to zupełnie naturalna. Dlatego, jeśli mam taką możliwość, to staram się uczestniczyć w różnych akcjach w roli wolontariusza. Pomagać chociaż raz na jakiś czas.

K.G.: W jakich działaniach brałaś udział?

N.Ś.: Opiekowałam się dziećmi z zespołem Kabuki w trakcie konferencji dla ich rodziców, pomagałam w przygotowaniach do dnia Seniora. Prowadziłam warsztaty z osobami niepełnosprawnymi. Wspierałam również organizację wyjazdów survivalowych dla dzieci i nastolatków.

K.G.: Co dał ci wolontariat?

N.Ś.: Nauczył mnie tego, że każdy może znaleźć się w potrzebie, nawet ja. Warto pamiętać o innych, bo może o nas też ktoś będzie pamiętał. Poza tym wolontariat uświadomił mi, jak irracjonalne i błahe potrafią być nasze niektóre codzienne dylematy. I najważniejsza rzecz, dzięki byciu wolontariuszem można zobaczyć, że każdy jest człowiekiem i ma prawo do szczęścia i dobrego życia.

K.G.: Powiedziałaś, że jedną z twoich aktywności w roli wolontariuszki było prowadzenie warsztatów z osobami niepełnosprawnymi. Prawdopodobnie w ich gronie też można było spotkać osoby z niepełnosprawnością intelektualną. Jak postrzegasz tę grupę osób?

N.Ś.: ONI w moim życiu pojawili się dość wcześnie. Nawet nie umiem powiedzieć, kiedy miałam pierwszy raz kontakt z osobami dotkniętymi tego rodzaju niepełnosprawnością. Dzięki temu kontakt z ONI nigdy nie był dla mnie czymś nadzwyczajnym. Każda osoba z niepełnosprawnością intelektualną, którą poznałam, była inna. Niektórzy byli cisi i spokojni inni otwarci, a jeszcze inni wybuchowi. Natomiast zawsze zaskakiwała mnie i jednocześnie zachwycała radość, która emanowała z tych osób. Dla nas niektóre zachowania ONI mogą wydawać się niepokojące czy odmienne. Uważam, że niezależnie od tego, jak postrzegamy tę grupę, ONI są takimi samymi ludźmi jak my.

K.G.: Gdybyś mogła zachęcić kogoś do zaangażowania się w wolontariat, co byś takiej osobie powiedziała? Dlaczego warto być wolontariuszem?

N.Ś.: Powiedziałabym, aby taka osoba spróbowała zrobić coś nie tylko dla siebie. Niech zobaczy, jak czasem małe poświęcenie może dać radość komuś innemu. Poza tym zaangażowanie się w wolontariat jest rozwijające. Uczy otwartości wobec innych, szacunku do osób potrzebujących i pokory.

Kontynuując rozmowę z Pawłem Parusem — Pełnomocnikiem Marszałka ds. Osób z Niepełnosprawnościami poruszyliśmy temat skutecznego pomagania osobom niepełnosprawnym. Jeśli pomagać to skutecznie, ale co to znaczy skutecznie?

Karolina Gużda: Panie Pawle, jakiego wsparcia potrzebują osoby niepełnosprawne? Jak możemy im pomagać, aby nasze działanie miało sens?

Paweł Parus: W moim odczuciu istotne jest wyrównywanie szans. Mam wrażenie, że jest to jedna z bardzo ważnych potrzeb osób niepełnosprawnych. My używamy do tego takiej usługi, która nazywa się asystenturą. Z tego typu wsparcia korzysta na przykład bardzo dużo osób z dysfunkcją wzroku. Dzięki obecności asystenta te osoby zaczęły korzystać z przestrzeni miejskiej. Nie chodzi tu tylko o poruszanie się w różne miejsca w celu załatwienia swoich spraw, ale także, aby się dobrze bawić i korzystać z pełnego życia tak jak każdy inny mieszkaniec Wrocławia. Cenną pomocą jest taka, która rekompensuje niepełnosprawność. Nie litowanie się, ale pomaganie w rzeczach, z którymi sobie nie radzę. W naszym stowarzyszeniu używamy pomocy „rąk”. Tak się złożyło, że nasz pięcioosobowy zarząd w większości składa się z osób posiadających dużą niepełnosprawność rąk. Potrzebujemy kogoś, kto pomoże nam zorganizować spotkania. Zrobić herbatę, coś podać. Oczywiście taka potrzeba wsparcia jest zróżnicowana. Dla jednego będzie wspólne wyjście na spacer, dla drugiego wsparcie w dojeździe do pracy, a dla trzeciego pomoc w wyjeździe na wycieczkę czy na mecz. Ważna jest też pomoc dla rodziców i opiekunów osób niepełnosprawnych. Można ją realizować przez organizowanie tzw. przerwy wytchnieniowej. W trakcie takiej przerwy rodzice czy opiekunowie osoby niepełnosprawnej mogą oddać swoje dziecko, czy rodzica w miejsce, które zapewni mu profesjonalną opiekę,a sami będą mogli załatwić swoje sprawy czy po prostu odpocząć. Opieka nad osobą niepełnosprawną to praca 24 godziny na dobę. Opiekunom jest bardzo ciężko i wsparcie w chwilowym odciążeniu ich jest niezwykle cenne.

K.G.: A co ze szkołą? Co mogę zrobić jako uczeń, mając w swoim otoczeniu osobę z niepełnosprawnością? Jakim mogę być wsparciem dla takiego kolegi czy koleżanki?

P.P.: Ująłbym to jednym zdaniem. Chciałbym, aby taka osoba była traktowana normalnie. Jeżeli to się zadzieje, to już będzie bardzo dużo. Osoba z niepełnosprawnością nie będzie czuła się dobrze w towarzystwie, w którym będzie wyśmiewana, czy z jakiegokolwiek powodu pokazywana palcami.

K.G.: No dobrze, ale normalnie to znaczy jak?

P.P.: To znaczy nie zauważać w kimś jego dysfunkcji. Nie zauważać w takim sensie, aby nie piętnować, ale zauważać potrzeby osoby niepełnosprawnej. Normalność nie oznacza, że ja nie pomogę osobie niepełnosprawnej, niech ona sobie pójdzie. Polega to na tym, o czym już mówiłem wcześniej. Trzeba pomagać w rekompensowaniu niepełnosprawności, ale nie trzeba traktować osób niepełnosprawnych w sposób wybitnie wyjątkowy dlatego, że są niepełnosprawne. Świetnym przykładem normalności jest moja żona. Ona nie ma żadnego problemu, żeby mnie traktować normalnie i wymagać ode mnie tego, czego się wymaga od przeciętnego człowieka, mężczyzny i męża.

Często w kontaktach z osobami niepełnosprawnymi czujemy się niepewnie, czasem nawet niekomfortowo. Mamy problem z nawiązaniem kontaktu, czujemy się skrępowani i „boimy się” osób dotkniętych niepełnosprawnością. W drugiej części rozmowy z Panią Joanną Parus, pedagogiem specjalnym i terapeutą integracji sensorycznej zastanowimy się nad tym, jak pokonać ten strach i otworzyć się na relacje z osobami niepełnosprawnymi.

Karolina Gużda: Pani Joanno, co może nas blokować przed nawiązaniem kontaktu z osobą  niepełnosprawną?

Joanna Parus: To, że nie znamy tej osoby i jej niepełnosprawności. Boimy się jej wyglądu, a to, że ktoś ma powyginane ciało, nie oznacza, że jest niesprawny intelektualnie. Nie wiemy też jak się zachować, jak pomóc. Boimy się zapytać i myślimy, że ta osoba jest głupia.

K.G.: Jak można nas oswoić z niepełnosprawnością?

J.P.: Razem z mężem i innymi osobami jeździmy do szkół i prowadzimy warsztaty o niepełnosprawności. W trakcie takich spotkań opowiadamy młodzieży i dzieciom o niepełnosprawności. Na warsztaty jeżdżą też z nami osoby niepełnosprawne, które pokazują, że żyją normalnie. Mają swoje marzenia, pasje, problemy. O tym należy mówić. Jestem idealistką i uważam, że to wszystko powinno być naturalne. Osobiście nie przepadam za tzw. procesem integracji. Dlatego, że w takim działaniu z góry ktoś zakłada, że jesteśmy my i oni, a teraz trzeba się zintegrować. Według mnie osoby niepełnosprawne są normalnymi ludźmi i powinniśmy podchodzić do nich naturalnie. Trzeba mówić o niepełnosprawnościach i budować tę naturalność.

K.G.: Ale co to znaczy, że osoby z niepełnosprawnością powinniśmy traktować naturalnie? Jak to robić?

J.P.: Trzeba zapytać taką osobę o jej potrzeby. Łatwiej nam wtedy z nią być. Gdy znam jej potrzeby, wtedy łatwiej nam wejść w tę naturalność. Trzeba po prostu pytać i się nie bać. Bo gdy pojawiają się bariery w kontakcie, a spodziewaliśmy się, że będzie normalnie i do tego jeszcze nie odważymy się zapytać, to potem wychodzi z tego klapa. Naturalności uczy rozmowa.

K.G.: Warto też zaznaczyć, że trudne emocje — na przykład strach, które pojawiają się w pierwszym kontakcie osobami z niepełnosprawnymi, są też zupełnie normalne. Trzeba przejść nad nimi i wbrew nim zainicjować kontakt, podjąć rozmowę.

J.P.: Dokładnie tak. To działa tak samo, jak w przypadku szukania pracy. Stresuję się rozmową kwalifikacyjną, ale idę na nią, bo chcę dostać pracę. Jeśli się boimy kontaktu z osoba z niepełnosprawną, to poszukajmy informacji na ten temat. Poczytajmy. W kontakcie z osobą niepełnosprawną nie róbmy też rzeczy, które my uważamy za dobre. Róbmy te, które są dobre dla osoby z niepełnosprawnością. Często uważamy, że wiemy lepiej, ale to nie jest właściwa postawa. Musimy posłuchać potrzeb drugiej osoby. Nie możemy też decydować za kogoś. Osoba niepełnosprawna nie jest dzieckiem. Ona wie, czego chce. Wie, co lubi. Czasem możemy jej coś podpowiedzieć, pomóc znaleźć rozwiązanie, ale nie narzucajmy swoich pomysłów.

ABC Dobroci – kampania społeczna promująca wolontariat na rzecz osób z niepełnosprawnością” to projekt realizowany przez wrocławską wspólnotę Fundacji L’Arche w okresie maj – grudzień 2019 r. Projekt został dofinansowany z budżetu Samorządu Województwa Dolnośląskiego.  Celem kampanii jest uwrażliwienie młodych ludzi na obecność i potrzeby osób z niepełnosprawnością.

W ramach projektu powstała wystawa pt. „My i ONI: Iloraz serca” prezentowana w październiku 2019 r.  w bezpośrednim sąsiedztwie wrocławskiego rynku. Bohaterami zdjęć są niepełnosprawni mieszkańcy i przyjaciele wrocławskiej wspólnoty oraz towarzyszący im wolontariusze – młodzi (i bardzo młodzi ludzie), którzy razem  po prostu wspólnie spędzają czas.  Znają się i bez problemu znajdują wspólny język.  W ich wzajemnych kontaktach  (nie)pełnosprawność nie jest barierą. Taka jest też idea, którą chcemy przekazać – otwierając się na drugiego człowieka, odnajdujemy to, co nas łączy, a jednocześnie uczymy się akceptować nasze różnice.
Wolontariusze zaangażowani w działalność na rzecz osób z niepełnosprawnością podzielili się też swoim doświadczeniem i przemyśleniami związanymi z tym obszarem swojego życia. W efekcie powstał  cykl rozmów, w których pokazujemy różne oblicza wolontariatu, a także osobisty wpływ, jaki wolontariat miał, i nadal ma, na naszych rozmówców.

Ostatnim elementem naszej kampanii są spotkania w dolnośląskich szkołach, w trakcie których podzielimy się naszym doświadczeniem wspólnego życia z osobami z niepełnosprawnością intelektualną. W ten sposób chcemy zachęcić młodzież do tego, by otworzyła się na kontakt z osobami z niepełnosprawnością intelektualną poprzez wolontariat.

Wrocławska wspólnota Fundacji L’Arche, realizator projektu, od 2003 roku prowadzi dwa domy o charakterze rodzinnym oraz wspólnotę sąsiedzką mieszkań chronionych. Obecnie mieszkają w nich 24 osoby z niepełnosprawnością. Ponadto we wrocławskich szkołach i przedszkolach  Fundacja prowadzi zajęcia oraz warsztaty edukacyjne, dzięki którym pomaga dzieciom i młodzieży zrozumieć osoby z niepełnosprawnością.

Jesteś zainteresowany wolontariatem w L’Arche? Chcesz wiedzieć więcej? Chcesz się zaangażować?

Nie czekaj! Napisz do nas: fundacja@larche.org.pl