– Byłeś kiedyś w Arce opiekunem Jacka, prawda?
– To raczej on opiekował się mną. Otaczał mnie swoją modlitwą… i zawsze był przy mnie, kiedy go potrzebowałem. Mój mądry towarzysz.
– I wybraliście go.
– Tak, na ojca chrzestnego naszej córki – Sary. Zasłużył na to.
– To bardzo odważne
– powierzyć człowiekowi niepełnosprawnemu intelektualnie tak ważną funkcję.
– To była trudna decyzja. Ale myślę, że słuszna.
– Słyszałam, że Kościół nie chciał się zgodzić, żeby to był człowiek z zespołem Downa.
– Formalnie Jacek spełnia wszystkie wymagania. Są one zresztą bardzo proste, niemal minimalne.
– To, w czym tkwił problem?
– No właśnie. Chyba zderzyliśmy się z tradycją, z przyzwyczajeniami. Sama powiedztwoim zdaniem kto powinien być chrzestnym?
– Może ten, kto w razie jakiś problemów w rodzinie mógłby zapewnić dziecku opiekę. Utrzymanie.
– Najlepiej, żeby to był jakiś bogaty wujek, prawda? I tak to dzisiaj wygląda – chyba zgubiliśmy sens sprawy. Kiedyś był to człowiek, który miał wprowadzać nowicjusza w tajniki wiary, potem pomagać wzrastać i rozwijać się duchowo.
– I tak właśnie patrzyliście na Jacka?
– Tak. On ma być przykładem życia z Bogiem, wzorem dla naszej córki. A nie tylko dostawcą prezentów. Poza tym, a może raczej przede wszystkim, to mój przyjaciel.
(rozmowę przeprowadziła Marcelina Śmigiel)
Scroll to top